21:24 09-08-2011 autor: admin komentarzy: 0

Dorastałam pod czujnym spojrzeniem trzech rosyjskich ikon, które przetrwały zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę. Ikony te należały do rodziców mojego ojca, którzy swego czasu uciekli z Rosji przed rewolucją październikową.
6 sierpnia 1945 roku dziadkowie spokojnie spożywali śniadanie w towarzystwie dwójki spośród trojga swoich dzieci, kiedy samolot Enola Gay nadleciał nad miasto i zrzucił na nie bombę, która obróciła większą część Hiroszimy w proch i pył.
Jakimś cudem rodzina mojego ojca wyszła z tej katastrofy bez szwanku. Podobnie zresztą jak ikony, czego nikt się nie spodziewał. Dzisiaj wszystkie trzy wiszą w jadalni mojej matki w Reno w Nevadzie - bezcenne symbole rosyjskiego prawosławia, ale też śladu, jaki na życiu naszej rodziny pozostawiły wstrząsy i brutalność XX wieku.
|
|
Tamten ponury dzień w Hiroszimie nie był pierwszym, w którym rodzina Palczikowów umknęła przed zagrożeniem. Jej członkowie, jako przedstawiciele rosyjskiej szlachty, walczyli po stronie Białych. Później przemierzyli Syberię, docierając do Władywostoku, by ostatecznie opuścić Rosję, kiedy Armia Czerwona umocniła swoje rządy w nowo powstałym Związku Radzieckim. Dziadkowie dołączyli do garstki innych zwolenników Białych zbiegłych do Japonii. To tam, w 1924 roku, przyszedł na świat mój ojciec, Nikołaj.
W dniu zagłady Hiroszimy ojciec przebywał gdzieś na południowym Pacyfiku jako żołnierz wywiadu armii amerykańskiej. Jego jednostce powierzono zadanie monitorowania japońskich przekazów radiowych i łamania szyfrów. Kilka lat wcześniej, w 1940 r., jego rodzice, a moi dziadkowie - pragnąc, by syn zdobył wykształcenie w Ameryce - wsadzili go na pokład statku płynącego do Los Angeles. Ojciec nie miał jeszcze ukończonych osiemnastu lat, kiedy wybuchła wojna między Stanami Zjednoczonymi i Japonią, a on zaciągnął się do sił zbrojnych swojej przybranej ojczyzny, by walczyć przeciwko krajowi, w którym się urodził.
Jako dziecko cierpliwie słuchałam jego opowieści podczas rodzinnych kolacji w naszym ówczesnym domu w San Diego, wpatrując się jednocześnie w ikony, na których przedstawiono Marię i Jezusa. Niewiele było nam wiadomo na ich temat - ani w którym rosyjskim mieście powstały, ani w którym stuleciu. Wiedzieliśmy tylko, że za czasów carskiej Rosji były własnością Palczikowów, i że przetrwały zrzucenie bomby na Hiroszimę. Jedząc kolację, często zastanawiałam się, czy drewniane ramy nie emitują przypadkiem promieniowania, i czy pewnego dnia nie umrę na raka.
Ojciec opowiadał nam o wielu rzeczach - w opowieściach tych zawarte były zarówno idylliczne wspomnienia dni, w których jako mały chłopiec pływał w rzekach Hiroszimy, jak i gorycz wywołana decyzją Waszyngtonu o zrzuceniu bomby. Chociaż nazywał siebie "gorliwym ateistą", był dumny ze swoich ikon i z dumą pokazywał je gościom odwiedzającym nasz dom. Dla Nikołaja Palczikowa były one czymś więcej, niż okruchem dzieciństwa: symbolizowały wstrząsy, które na zawsze zmieniły życie jego rodziny. Tak, jak jego bliscy, ocalały przecież z katastrofy.
Jednym ze wspomnień, które najchętniej przywoływał, był widok dziadka klęczącego przed ikonami przy świetle świecy i modlącego się o powrót rosyjskiej monarchii. Kiedy na horyzoncie pojawiło się widmo drugiej wojny światowej, japoński rząd zasugerował obcokrajowcom mieszkającym w Hiroszimie wyjazd z Japonii. Zamiast jednak pakować walizki, rodzina prosiła Opatrzność o wskazówki. Nikołaj opowiadał nam, jak jego ojciec starannie wykaligrafował na dwóch skrawkach papieru słowa "da" i "niet", a następnie wrzucił je do kapelusza. Karteczka, którą miał wylosować, miała zadecydować o losie rodziny. I tak Palczikowowie pozostali w Hiroszimie aż do tamtego sierpniowego poranka, kiedy atomowy rozbłysk na zawsze zmienił świat.
Mój ojciec był jednym z pierwszych amerykańskich żołnierzy, którzy zjawili się w strefie zero. Często opowiadał o dniu, w którym dotarł do Hiroszimy, miesiąc po zrzuceniu bomby. Przeczesywał ruiny zrównanego z ziemią miasta, poszukując wieści o swoich bliskich. Przekonany, że zginęli, w duchu szykował się już do ostatniego pożegnania. I wtedy stał się cud - rodzina odnalazła się cała i zdrowa. Ojciec zabrał rodziców i rodzeństwo do Tokio, gdzie wszyscy pozostali przez pewien czas, aż do dnia, w którym wyemigrowali do Ameryki.
Ojciec lubił przeplatać anegdotami nauki o życiu, których nam udzielał. "W przyznaniu się do błędu nie ma nic złego" - mawiał, czekając na dzień, w którym Stany Zjednoczone wreszcie przeproszą naród japoński za bombę atomową. Czasami mówił tak dużo, że mama musiała go "wyłączyć", czyli żartobliwie dotknąć palcem wskazującym jego pępka. Dla ojca był to znak, że pora zrobić sobie przerwę.
Od czasu do czasu Nikołaj zabierał swoje cenne ikony na pogadanki lekcyjne w pobliskiej szkole podstawowej, gdzie mama pracowała jako psycholog. Tematem tych spotkań był światowy pokój. Ojciec prosił dzieci, by zamknęły oczy, i wyobraziły sobie, że miasto, w którym mieszkają, zostało doszczętnie zrównane z ziemią, a ich rodzice zginęli; że nie ma już ich przyjaciół, ich czworonożnych pupili - niczego. Następnie prosił, by spróbowały wskazać sposoby, za pomocą których można rozwiązywać problemy bez użycia przemocy.
W zeszłym roku zadzwoniono do mnie z hiroszimskiego Muzeum Pokoju. Tamtejsi pracownicy rozpoczęli gromadzenie historii o rosyjskich hibakusza - czyli ludziach, którzy przeżyli zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Chcieli wiedzieć, co stało się z Nikołaj-sanem i jego rodziną.
Odpowiedziałam im, że ojciec zmarł w 2003 roku. Jego siostra, a moja ciotka, była ostatnim wciąż żyjącym członkiem rodziny, pamiętającym atomową zagładę. Ale, podobnie jak ikony, zachowywała w tej sprawie milczenie.
Japonii nie ominęły w tym roku kłopoty - tsunami, trzęsienia ziemi, nawracające problemy z elektrownią jądrową w Fukuszimie... Dziś, kiedy patrzę na nasze ikony, myślę o tym, że sztuka może zainspirować nas do refleksji innych niż zamierzone przez artystę.
Moja matka zdecydowała się je zachować, ale ja osobiście mam nadzieję, że pewnego dnia trzy ikony wrócą do Hiroszimy. Ich miejsce jest w tamtejszym muzeum, w otoczeniu innych przedmiotów i dzieł sztuki będących częścią historii tego miasta. Pożegnam je ze smutkiem. Być może jednak jako eksponaty będą przypominać zwiedzającym, że pamięć o Hiroszimie i przyszłość energii nuklearnej jest naszą wspólną odpowiedzialnością.
Kim Palchikoff "New York Times" / "International Herald Tribune". Zdj. ./AFP /New York Times International Herald Tribune Tłum. Katarzyna Kasińska/ Żródło: Interia.pl